Fot. Artur Ficner

 

Jesteśmy na Patronite.pl ! 
Zostań Patronem i rozwijaj  ligę razem z Nami!
Zobacz nasz profil!

 

Robert Stanowski – Olek, znamy się, więc pozwól, że będę zwracał się do Ciebie po imieniu.

Aleksander Matusek – Oczywiście, nie widzę najmniejszego problemu.

RS – Jesteś od wielu lat związany z naszą katowicką GieKSą, ale nie jestem w stanie stwierdzić od kiedy. Powiedz jak długo jesteś już z mikrofonem w dłoni na Stadionie Miejskim na którym gra GKS Katowice ?

AM – Tutaj myślę, że zaskoczę nie tylko Ciebie. To był rok 1999, dokładnie 35-lecie klubu, więc mój debiut choć wtedy jeszcze nie oficjalny miał miejsce 21 lat temu! I było to za czasów „Magnata”, czyli Mariana Dziurowicza- ówczesnego Prezesa GKS-u. Kim dla całej piłkarskiej GieKSy i nie tylko był „Magnat” nie trzeba nikomu tłumaczyć. Miałem okazję uścisnąć dłoń człowieka, dzięki któremu możemy wspominać wspaniałe chwile w historii klubu z Bukowej.

RS – Miałeś wtedy hmm… 23 lata? Byłeś najmłodszym spikerem?

AM – Czy byłem wtedy najmłodszym spikerem, to nie wiem. Z tego co kojarzę obecnie najmłodszy spiker w Polsce Oliwier w 2017 roku miał 11 lat, gdy rozpoczął przygodę ze spikerką. Ja, jak już wspomniałem zadebiutowałem na jubileuszu 35-lecia GieKSy. To był wyjątkowy dla mnie mecz, bo po raz pierwszy nie byłem na Blaszoku tylko… w kabinie spikera na trybunie głównej. W tej kabinie, gdzie tylko chyba teraz Pan Henio (obecnie pracownik MOSiR-u) pamięta, że kiedyś był taki wielki pulpit multimedialny, na którym można było „zarządzać” dźwiękiem całego stadionu, a obok stał stary aparat telefoniczny z tarczą obrotową, który był i działał tylko wtedy jak przyniósł go pracownik Telekomunikacji. Takie to były czasy. Teraz to obecnie punkt dowodzenia podczas meczów. To było dla mnie wtedy coś niesamowitego, bo zostałem tam „zaproszony” przez mojego znajomego, ówczesnego dyrektora sportowego GieKSy, śp. Piotra Mroza, który wiedział, że „operowanie” mikrofonem dla mnie nic trudnego. Od dziecka byłem ministrantem i mikrofon nie był mi obcy.Zaproponował mi, abym dołączył do krakowskiego dziennikarza (niestety nazwiska już nie pamiętam), który wtedy obsługiwał spotkania GieKSy na Bukowej. Wtedy nie były potrzebne, żadne dokumenty uprawniające do tego typu pracy, więc… stało się. W meczu ligowym podpatrywałem jak pracuje spiker, co robi, co mówi, by następnie zaraz po nim już samodzielnie “spikerować” na meczu Oldbojów GieKSy, bo krakowski dziennikarz musiał wracać do domu. I tak, później w kilku meczach miałem jeszcze możliwość podpatrywać jego pracę, a on pozwalał mi wyczytać zmieniających się zawodników podczas meczu. Aż nieoczekiwanie nastąpił koniec…

RS – Co się wydarzyło, że już nie zasiadałeś w kabinie spikera?

AM – Zmieniły się władze w PZPN (czyt. Marian Dziurowicz został prezesem PZPN-u) i zaczęły się zmiany dotyczące wielu rzeczy związanych z meczami ligowymi. W klubie prezesem wtedy był już Piotr Dziurowicz, który ku mojemu zasmuceniu przekazał informację, że aby być spikerem potrzebne są stosowne dokumenty, których ja wtedy nie posiadałem. Padła propozycja, że klub postara się, abym takie zdobył, ale skończyło się na… wymianie gumolitu w starej sali konferencyjnej na I piętrze i w innych pomieszczeniach klubowych. „Dla mnie” pieniędzy już zabrakło. Na „Blaszok” już nie wróciłem…

RS – Tzn? Nie chodziłeś już na mecze?

AM – Nie, absolutnie nie! Zostałem na trybunie głównej jako kibic, ale w krótkim czasie dzięki Krzyśkowi, koledze z osiedla, stałem się „pracownikiem ochrony” i razem z nim stałem przy wejściu na lożę i z tamtej perspektywy mogłem oglądać mecze. Aż nastał sezon 2005/2006. Klub był mocno zadłużony, nie otrzymał licencji i spadł do II ligi, a polską piłką „zawładnęły” sprawy korupcyjne, które na światło dzienne „wyciągnął” Piotr Dziurowcz.

RS – Klub mógł zniknąć praktycznie z piłkarskiej mapy Polski z dnia na dzień…

AM – Niestety sytuacja stała się dramatyczna. Tutaj do akcji musieli wkroczyć kibice, którym zawsze dobro klubu leżało na sercu. Zawiązał się Komitet Społeczny „RATUJMY GieKSę” i musieliśmy podjąć plan ratunkowy. Miasto oklejone plakatami, apele do mieszkańców o pomoc, „wycieczki” do UM, ŚlZPN i PZPN-u po to, aby GieKSa nie zginęła. Finałem tego ratunku był start drużyny w IV lidze, a nie w B-klasie. I był to sukces. Drużyna występowała z ramienia Stowarzyszenia Sympatyków Klubu GKS Katowice i była spadkobiercą tradycji GKS KATOWICE S.A., spółki, której prezesem był wspomniany już prezes Dziurowicz. Jak dziś pamiętam pierwszy mecz. Nie wiedzieliśmy, czy kibice przyjdą na spotkanie w IV lidze? To co zobaczyliśmy na kilka minut przed rozpoczęciem meczu ze Źródłem Kromołów (tak tak, jest taka drużyna) zaskoczyło nas wszystkich. Było mnóstwo kibiców! Ile ja bym dał, aby tak było teraz! 
Zanim jednak rozległ się pierwszy gwizdek, przeżyliśmy chwile grozy. Wysiadło nagłośnienie na stadionie, a co gorsza nie dotarły koszulki na rozpoczęcie sezonu. Drużyna przeciwna pomimo zapewnień, że przyjedzie w  zielonych koszulkach, przyjechała… w żółtych i nie mieliśmy w czym grać. Jeszcze na godzinę przed meczem razem z Maćkiem Biskupskim, obecnie Radnym naszego Miasta, który też był członkiem SSK przerabialiśmy stare czarne stroje z reklamą wentylatorów! To był wyścig z czasem… Udało się. 

Fot. Łukasz Polczyk

Fot. Łukasz Polczyk

Zdążyliśmy, a mecz zakończył się skromnym naszym naszym zwycięstwem 1:0, choć nasz bramkarz Andrzej Urbańczyk jeszcze w I połowie musiał opuścić boisko z powodu kontuzji. Ja od drugiego meczu u nas „bawiłem się” w sędziego technicznego, choć takowy na tym poziomie rozgrywek nie był konieczny to uznaliśmy, że GieKSa to porządny klub i tę sprawę ogarniemy jak należy. Zgłosiłem się na ochotnika. Uznaliśmy też, że musimy mieć swojego spikera. Zostałem wytypowany nie jako z automatu razem z Pawłem Bajerskim, ale „Bajer” na kurs nie dotarł i tym sposobem sam zdobyłem papiery spikera w 2006 roku. W dalszym ciągu jednak zastępowałem na meczach u nas sędziego technicznego dumnie ukazując tablice świetlną. Miałem z tym dużo frajdy, bo gdy wchodził na boisko nasz zawodnik zakładałem się z nim, że jak strzeli bramkę to mu postawię piwo. Niestety, nikt z tych wchodzących nigdy bramki nie strzelił.

Fot. gkskatowice.eu

Fot. gkskatowice.eu

RS – Uff działo się. Wiemy już zatem, że zanim dostałeś znów mikrofon do ręki, to trochę czasu minęło. Kiedy więc był ponowny debiut? A raczej ten oficjalny?

AM – To był rok 2008 rok. Debiut przypadł na mecz z Tur-em Turek (tak, taka drużyna też istnieje). Mecz kompletnie nieudany. Porażka 1-4. Dramat… Ale tu trzeba powiedzieć jak doszło do tego debiutu. Kolejkę wcześniej w czasie meczu z GKS-em Jastrzębie doszło do zamieszek na stadionie. Sędzia przerwał mecz (później zweryfikowany jako walkower dla gości). Dość długo to trwało i piłkarze nie wrócili już na murawę. Wkroczyła Policja na murawę. Spiker apelował do kibiców o spokój. Niestety sam wtedy chyba nie wytrzymał „ciśnienia” i w głośnikach usłyszeliśmy kilka epitetów. Po tym meczu został zawieszony. Ten sezon dokończyłem już nie jako „sędzia techniczny”, a spiker i trwa to nadal. Była przerwa spowodowana  chorobą, kiedy zastępował mnie Piotr Skorupa, bo dość często musiałem leżeć w szpitalach.

Fot. Łukasz Polczyk

Fot. Łukasz Polczyk

RS – Z „dużej piłki” przejdźmy teraz do tej „mniejszej”. Znasz piłkę 11-osobową z pierwszej ręki. Śmiem nawet stwierdzić, że widziałeś na własne oczy więcej niż nie jeden trener, piłkarz, a co dopiero kibic. Dodatkowo Twoją osobę można spotkać na imprezach sportowych z futbolem tym mniejszym, tym gdzie gramy 6 na 6. Powiedz, czy z Twojego punktu widzenia, ta mniejsza odsłona piłki nożnej ma szanse zaistnieć w wymiarze bardziej profesjonalnym?

AM – Jak najbardziej tak. Prędzej czy później tak się stanie. Śmiem powiedzieć, że staje się to też z naszym udziałem. Proszę pamiętać, że Polska reprezentacja w ubiegłym roku zdobyła wicemistrzostwo Świata! To nie jest byle jaki wyczyn! To samo Beach Soccer, czy Amp Futbol, czy piłka halowa. Oczywiście, widownia będzie bardziej liczebna w piłce 11 osobowej, bo sama infrastruktura, czyli stadiony są innych rozmiarów, ale to wcale nie oznacza, że te dyscypliny o mniejszej ilości zawodników na boisku są gorsze. Medialnie też jeszcze odstają, ale z biegiem czasu media i sponsorzy zauważą, że jest to także dobre miejsce, aby ulokować swoje udziały.

Fot. katowickaligaszostek.pl

RS –  Na dużym boisku spotkałeś z pewnością wielu świetnych piłkarzy. Powiedz nam czy podczas obserwacji zmagań na boiskach do piłki nożnej 6-cio osobowej spotkałeś zawodników którzy mogliby z powodzeniem dać sobie radę na szczeblu ekstraklasy bądź 1 Ligi ?

AM – Gdy obserwuję zawodników oglądając mecze Ekstraklasy, czy też 1 ligi to czasami zachodzę w głowę, jak zawodnik X czy Y znalazł się w tej lidze? Śmiało mógłbym przeciw niemu postawić kilku kolegów, którzy nie byliby gorsi od tego zawodnika. Nie twierdzę, że managerowie są jedynym czynnikiem uprawniającym danego zawodnika do gry w danej klasie rozgrywkowej, ale mam takie wrażenie, że przynajmniej 1/3 zawodników grająca w najwyższej lidze jest tam z przypadku, bo mają właśnie dobrego menadżera. Wielu jest zawodników, którzy po przejściu z Ekstraklasy do klubu w niższych ligach, stają się po prostu „grajkami”. I nie mówię tu tylko o zawodnikach „odcinających już kupny”. Według mnie, skoro ktoś grał w najwyższej lidze krajowej i przechodzi do klubu w klasach niższych to powinien się wyróżniać na tle zawodników tego klubu? A często tak nie jest. To tak jak w klasyku: „Piłkarski Poker”, gdy do sędziego Laguny przychodzi prezes Czarnych proponując łapówkę. Wtedy sędzia Laguna opowiada, że jest sędzią międzynarodowym, a taki sędzia jest lepszy od krajowego o 10x. I tak powinno być z zawodnikami, że ten z Ekstraklasy powinien być lepszy od tego z niższej ligi.
A czy jest taki zawodnik, który dałby radę w rozgrywkach Ekstraklasy lub 1 ligi? Jest kilku. Choćby Łukasz Dębski. Miałem okazję grać z nim w jednej drużynie właśnie w rozgrywkach drużyn 6-cio osobowych. Gra też na dużym boisku. Gdyby wcześniej pokierował swoją karierą troszkę inaczej, to 1 liga spokojnie byłaby jego. Bardzo dobry technicznie zawodnik. A takich nigdy za wiele w profesjonalnej piłce.

RS – Na dużym boisku obowiązują pewne zasady jak taktyka, odpowiednie nastawienie drużyny, mentalność zawodników. Powiedz, czy spotkałeś się z drużynami bądź zawodnikami na mniejszych boiskach, gdzie było widać podobne schematy ? Wiadomo, że aktualnie taką grę traktuje się bardziej rekreacyjnie, czy uważasz, że z biegiem czasu rywalizacja może się przeobrazić w wysoki poziom organizacji drużyn?

AM – Dobrze powiedziane, że część traktuje to jako rekreację, ale jest spore grono zawodników i całych drużyn, które traktują to całkiem serio. To też jest adrenalina. To też jest chęć bycia najlepszym i zdobywania trofeów. A także czasami przezwyciężenia swoich słabości, co finalnie może prowadzić do tego, aby się wyróżniać choćby tylko indywidualnie. Ambicja zawodników jest duża. Czasami dochodzi do ostrych starć, spięć bo adrenalina działa. Rywalizacja na boisku to jedna rzecz. Ale jest też rywalizacja w organizacji. Nie ma co ukrywać, że nie istnieje jedna liga 6-cio osobowa w regionie. Jedne znikają, inne powstają. Każdy walczy o klienta. A on jest różny. Część wybiera rozgrywki branżowe, a inni organizują się sami. Każdy robi to na swój sposób. Każdy organizator chce przyciągnąć jak najwięcej drużyn, zawodników do siebie, bo to buduje prestiż rozgrywek. Im lepsza organizacja tym łatwiej zachęcić drużyny do przystąpienia do rozgrywek. Nie tylko samymi meczami człowiek żyje. Spotkania integracyjne, okazjonalne turnieje pod patronatem ligi to wszystko buduje markę. Oprawa medialna też odgrywa tutaj znaczenie. Sam wiem jak to jest, bo kiedyś organizowałem turnieje dzielnicowe dla kibiców GieKSy, czy to na otwartym boisku, czy też na hali. Telewizja też u nas była. Były fotorelacje, prawdziwi sędziowie. Fajnie, było usłyszeć, że się podobało. Że było profesjonalnie. To budujące. Pozwala wtedy jeszcze bardziej wspiąć się na wyżyny. Bardzo fajnie, że są takie ligi. Lubię zaglądnąć na Wasze rozgrywki i nie tylko jako spiker, ale zwyczajnie, zobaczyć jak grają koledzy. Zwyczajnie podłubać słonecznik i pogadać z kolegami.

Fot. Michał Chwieduk

Fot. Michał Chołoda

RS – Powiedz nam czy jesteś w stanie porównać taką organizacje oraz atmosferę meczów do gry po sześciu do meczu na dużym boisku ? Jakie mogą być podobne kwestie, a czego brakuje tym mniejszym?

AM – Atmosfera podczas rozgrywek na małych boiska, różni się od tej na stadionie z piłką przez duże P. choćby tym, ze bardziej rodzinnie, kameralnie, spokojniej (przynajmniej na trybunach) bo i tych kibiców jest mniej co jest oczywiste. Niektóre spotkania, choć rozgrywane z kibicami, odbywają się w ciszy. Słychać tylko odgłosy z murawy. To jest ta największa różnica przy amatorskiej piłce na małym boisku. Jeśli popatrzymy już na oficjalne spotkanie w piłce 6-cio osobowej to już jest inaczej. Na to potrzeba czasu, aby się to zmieniło. Małymi kroczkami, budując fajny produkt, przyjdzie to z czasem, że i kibice w każdym meczu będą dopingować swoich znajomych. Może trzeba wprowadzić „wursty” z zymftem i żymły i będzie więcej kibiców? (śmiech).

RS – Teraz odnośnie samego meczu. Jako stały obserwator wiesz jaka jest dynamika spotkań dużych i tych małych. Co się może wyróżniać na plus w piłce 6-cio osobowej w stosunku do odmiany gry po 11-tu ?

AM – Dla mnie największym plusem, jest to, że nie ma spalonych. Największą frajdą podczas oglądania meczu dla mnie są gole. Nie dźwiganie chorągiewki przez sędziego, bo znów odgwizdano spalonego. To jest wtedy całkiem inna futbol. Taki lubię. Dużo bramek, szybkie akcje. Tu nie ma czasu na „kręcenie kółeczek” w miejscu jak na dużym boisku. Dynamika jest o wiele większa.

Fot. katowickaligaszostek.pl

Fot. katowickaligaszostek.pl

RS – Na sam koniec, gdybyś miał wybrać kolegów – Piłkarzy, Trenerów, Działaczy sportowych, Dziennikarzy, osoby z Urzędu Miasta, Radnych, czy kolegów z podwórka – do gry razem z Tobą w Lidze lub na turnieju, kto by to był ? Stwórz taki swój Dream Team 6 + 2 rezerwowych.

AM – Oj, ciężki wybór. Zbyt wielu ich jest, żeby móc wybrać. Mam wśród znajomych wielu znakomitych zawodników. Z niektórymi nawet grałem i odnosiliśmy sukcesy. W większości to byłaby nasza osiedlowa drużyna Tauzen Katowice, która zaczęła wspólne granie w latach 90 i grała razem przez wiele wiele lat. Powiem więcej, teraz to już jesteśmy „emeryci” i raz do roku mamy spotkanie i wtedy udajemy, że potrafimy jeszcze kopnąć piłkę wyżej niż nasze kolana, a po takim graniu świętujemy do rana, ze daliśmy radę. Był też czas, że część z nas grała w drużynie Stars Team w lidze Szóstek. To była bardzo dobra ekipa. Były sukcesy. Projekt po kilku latach się wypalił, ale ten czas wspominam bardzo dobrze. Było tam wielu chłopaków bardzo dobrze grających.
Ale jest taki skład drużyny, w której nie miałbym nigdy szansy w życiu spotkać się w jednej drużynie, choć pojedynczo się zdarzało z którymś z nich grać. Są to: Jojko, Szewczyk, Ledwoń, Moskała, Wojciechowski, Widuch, Guruli, Furtok, Koniarek, Walczak. Nawet tutaj ciężko wybrać 6+2.  Nazwiska znane? Ciekawe dlaczego? Tak, z nimi mógłbym tylko pomarzyć aby zagrać razem w jednej drużynie.

RS – Dziękuję za poświęcony czas i jedyne co mogę powiedzieć – do zobaczenia na boisku !

AM – Również bardzo dziękuję. Mam nadzieję, że jeszcze będę mógł kiedyś wpaść na Wasze rozgrywki (śmiech). Póki co życzę Wam sukcesów organizacyjnych, aby liga rozrastała się, a zawodnikom, którzy biorą w niej udział, życzę by byli zdrowi i odnosili sukcesy. Wtedy będą  “na stare lata” mogli opowiadać dzieciom i wnukom, że zdobyli mistrzostwo ligi. Pozdrawiam serdecznie.

Fot. Łukasz Polczyk

Fot. Łukasz Polczyk

Fot. katowickaligaszostek.pl

Powyższe dane osobowe przetwarzane są w celu realizacji obowiązków ustawy z dnia 30 października 2002r. o ubezpieczeniu społecznym z tytułu wypadków przy pracy i chorób zawodowych (t.j.Dz.U.2017.1773 ze zm.) oraz zgodnie z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych).